o rany. cudowna. zobaczyłem ją w dali. płynęła po betonowych kostkach peronu. kiedy zbliżałem się do niej, coraz wyraźniej słyszałem miarowe odgłosy obcasów. tup, tup, tup, tup, tup. małymi krokami, spowodowanymi dość wąską spódnicą, zmierzała w moim kierunku. tup, tup, tup, tup... wędrowała sobie niczym francuska paniusia na tych swoich patyczkowatych nóziach. tup, tup, tup, tup... zobaczyłem ją pierwszy raz dwa lata temu. ile zmieniło się w moim życiu i jak wyglądają teraz nasze losy, wiemy tylko my. cudownie wspominam te dwa lata. i jakie perspektywy w najbliższym czasie przed nami. kto by powiedział, że znajdę największe ze szczęść, o jakim można nieskromnie marzyć? często sam z niedowierzaniem myślę sobie o ostatnich dwóch latach. nieprawdopodobne! tyle się wydarzyło. tyle zmieniło... i... pięknie jest.
czyli oficjalnie przyszła jesień. naturalnie, że oficjalnie, bo nieoficjalnie to już od lipca się rozsiadła na niebie i w termometrach. wszystkiego jesiennego - w słońcu, złocie i czerwieni wam życzę...
każdego dnia pochłaniam sobą tak jak lubisz, miły. codziennie odwijam ze srebrnej folii okruchy miłości skumulowane do postaci kanapek-niespodzianek. dlaczego niespodzianek? bo najczęściej każda jest inna. i w każdej widzę, słyszę i czuję kocham cię. tak wiele dostaję od sevenowej pani tak jak lubisz miły, choć czasami mam wrażenie, że ona robi to bezwiednie, ot tak po prostu - z czystego i pięknego uczucia. moja miłość odgaduje, o czym myślę, o czym marzę, czy czego pragnę. nie wiem, jak to robi, ale robi to bardzo skutecznie i trafnie. za to - między innymi - szaleję za nią ponad wszystko!
tak jak lubisz miły - ubiera się, gotuje, śmieje się, kocha się ze mną. tak jak lubisz miły spaceruje obok mnie, rozmawiamy o życiu i oglądamy filmy. mam absolutnie wszystko tak jak lubisz miły i kiedy w przeszłości rozmyślałem o szczęściu bycia i życia z kimś, nie podejrzewałem, że i zarówno te najmniejsze, jak i największe pragnienia się spełnią. spełniły się i spełniają się każdego dnia. i nieważne czy jesteśmy tuż obok siebie, czy rozdzieleni na odległość biur, czy setki kilometrów podczas wyjazdów. tak właśnie jest. właśnie tak... tak jak lubisz miły...
a to nie powinno być tak, że dziś w szczególności powinniśmy pamiętać o tych, co zginęli? zamiast tego, toczy się wojna pomiędzy tymi, co pozostali. komuś chce się sławy i władzy. co za chory człowiek. i żeby budować swój sukces na czyimś nieszczęściu - jemu to nie przeszkadza. żeby odwoływać się do podstawowych emocji i uczuć - podłe! rewolucja panie, rewolucja się szykuje. bo ciemnogród u nas duży, i - niestety - są tacy, co pójdą za nim!
dajcie już odpocząć od tej katastrofy. pozwólnie każdemu osobno przeżywać stratę bliskich, czy stratę dla kraju. dajcie mi wybór. i nie wkurwiajcie mnie tekstami bo wszyscy polacy... ja nie jestem wszyscy polacy i bardzo często ci, którzy mówią w moim imieniu mówią całkowicie przeciwnie w stosunku do tego, co ja myślę!
mieliśmy wspominać - a ten idiota zrobił sobie wiec wyborczy. jakie on ma pragnienie władzy frędzel jeden! agitator pitolony. no tak - w jego przypadku dosłownie brzmią słowa do celu - po trupach - w tym po trupie swojego brata. sumienia to on raczej nie ma, oj nie ma.
mistrz bułat śpiewał kiedyś 'chroń mnie panie od nienawiści' czemu tak jest, że piewcy miłości, miłosierdzia i przebaczenia tejże nienawiści mają w sobie najwięcej?
dzisiaj światowy dzień zdrowia. cóż, ostatnio wykonane badania wskazują na przyzwoite trzymanie się w ramach widełek wszelakich to z możliwych parametrów ludzkiego sevenowego ciała. ciśnienie książkowe, płyny wewnątrzustrojowe przeróżnych kolorów jak należy, jednakże stwierdzam, że wraz z nastaniem obecnej wiosny i nadciągajcym latem, przeczucam się na większą ilość zieleniny (czerwonej zieleniny również, i żółtej, i pomarańczowej, i innych również niezielonych zielenin).
kiedyś wydawało mi się, że nasze społeczeństwo jest zdrowe. że dziewczyny polskie najszczuplejsze i najzgrabniejsze. wraz z nadejściem pełnych półek w hiper- i supermarketach, wraz z kuszącymi opakowaniami gotowych posiłków, wraz z burger kingiem i innymi wietnamskimi restauracyjkami, szybko dogoniliśmy resztę świata. coraz więcej wielorybów poruszających się po warszawie, wrocławiu, na sopockim molo i na krupówkach. nie, nie, nie. to minęło. opychamy się na potęgę i - niestety - wielu to nie służy. no bo samochodem do sklepu oddalonego o trzysta metrów, bo na spacer wyjść - eeeeeeeeee, nieeeee - właśnie doctor house się zaczyna, nie wspominając o rowerku, basenie czy rolkach.
rok dwa tysiące jedenasty będzie dla sevena rokie pomidorowym. takie założenie sobie przyjmuję. lubię pomidory, może za wyjątkiem odbijającej się czkawką wspomnień z dzieciństwa pomidorowej zupy przygotowywanej przez prababcię, w której pomykał rozgotowany na papkę ryż. bleeeee. tak. tak. tak. pomidory dwa tysiące jedenaście - rok czerwonych piłeczek oznajmiam za postanowiony i otwarty! i nie dlatego, żem nabieram kilogramów zbyt wielu (nabieram, of course, ale - jak mniemam - jeszcze w ramach normy i przyzwoitego wyglądu, choć sevenowa pani czasem odzywa się sakramentalnym wciągnij brzuch). jedzmy pomidory. a jeśli nie chcecie - to ja i tak będę je jadł!
i jeszcze jedn konkluzja związana z dniem zdrowia. otóż - dzień zdrowia po polsku to na zdrowie - i chyba nie muszę dodawać przy okazji jakiej to kuracji zdrowotnej jest stosowane to określenie.
nie ma go od siedemnastu lat. ileż jeszcze genialnych taktów stworzyłby, gdyby żył? jak trudne zadanie przed tą notką miałem, żeby wybrać jeden z dziesiątek mega przebojów. wybrałem... ten kawałek na dziś...
ech... no co ci odbiło kurt, żeby iść sobie stąd...
powietrze wypełnione lodowatymi iskrami smaga twarz. gdzieś obok jakiś porzucony i smutny rower podpiera srebrzystą latarnię. przypomina mi się piosenka waitsa. sevenowa pani nie przepada za nim, ale ta ballada jest bardzo przyjemna. różowe od mrozu słońce podnosi się ciężko znad dźwigów portowych. sól, lód i obłok pary z ust. ot, poranek wśród mostów, zmarzniętej wody i chrzęszczącego wszystkiego dookoła.
szykuję się do spania. spoglądam na rozłożoną pościel. potrząsam głową równocześnie mocniej zamykając oczy. otwieram je równie mocno i szerzej. kołdra mruga do mnie oczami. naprawdę! kołdra mruga oczami! nie, nie próbowałem dopalaczy.
jak tylko uda mi się to sfotografować - poznacie sekret mrugającej kołdry...
no i udało się. spełniam obietnicę. oto mrugająca kołdra!
braaaawoooo! justyna drugi raz z rzędu wygrywa tour de ski! po ostatnim, morderczym etapie nasza biegaczka na najwyższym podium.
czterysta metrów przewyższenia na ostatnim podejściu. narciarki padają jak muchy po przekroczeniu linii mety. niesamowity widok. potwornie zmęczone, dyszące ciężko leżą na śniegu. leżącą miejscówkę jako pierwsza zajęła justyna. brawo. szacun. podziw!
dziewiętnasta wielka orkiestra świątecznej pomocy ruszyła! tak, tak, ruszyła. w paryżu! i trwać będzie trzy dni. ce magnifique!
jurek owsiak na ministra! na wszystkich ministrów. co drugi dzień była wielka orkiestra świątecznej pomocy - według harmonogramu oraz orkiestry spontaniczne - nie mylić z symfonicznymi. no i oprócz standardowych orkiestr typu
wielka orkiestra świątecznej pomocy budżetowi
wielka orkiestra świątecznej pomocy autostradom
wielka orkiestra świątecznej pomocy stoczniom
wielka orkiestra świątecznej pomocy kolei
wielka orkiestra świątecznej pomocy wojsku i obronności
wielka orkiestra świątecznej pomocy rolnictwu
pojawiałyby się ad hoc przygotowane orkiestry, na przykład wielka orkiestra świątecznej pomocy ofe. przy okazji... nie powinniśmy nazywać tego a-fe albo o-fu?
sevenowa pani już wczoraj wrzuciła pieniążki do puszki. jutro też coś pomożemy.
i tak już na koniec. czy nie uważacie, że jurek powinien dostać nobla? bo tyle dobrego, co on uczynił dzieciom - nie uczynił nikt!
pekape. słynne te polskie koleje. właściwie kuleje byłoby celniej. niestety lub stety, ja z tych, co narzekają na autostrady, dziury i korki, aniżeli na spółkę właścicielkę przewodów trakcyjnych, albo tę od zegarów i tablic, albo od lewego czy prawego toru.
nowe hasło reklamowe:
chcesz zdążyć na koncert stinga za tydzień w warszawie - wyjedź już dziś!
to - kolejowo. a drogowo? w sumie, można by zarząd dróg przemianować na - również - pkp. z rozwinięciem
polskie koleiny państwowe
czego i wam, i sobie nie życzę
idę spać, długi weekend nadchodzi... i tak go przepracuję w dużej części...
no właśnie. dowód na co? a no na gapiostwo! w okresie świąteczno-noworocznym zabawiałem się antybiotykiem w łóżeczku. i kroplami, i pastylkami na bolące gardło, i toną chusteczek do nosa. czegóż to dowodzi? powoli. ano powoli. w trakcie mojej choroby sevenowa pani toczyła się - właśnie powoli - naszą czarną z białymi mroźnymi kwiatowymi elementami dekoracyjnymi na szybach - yyyyhh - zabrakło oddechu - wyścigówką do pracy swojej. powoli, bo ślisko okropnie, a i bo sevenowa pani bardzo ostrożnym kierowcą jest, a i przede wszystkim, bo dopiero nabierającym doświadczenia zimowego kierowcą. i dowód na co to jest? ano na to, że zapomniałem dzisiaj sevenowej pani odebrać dowodu rejestracyjnego. bom wrócił już do pracowego rytmu i tradycyjnie - ciemną nocą zawiozłem sevenową panią do pracy, a potem popędziłem do swojej. tyle, że bez dowodu od wyścigówki. no gapa.